Po tak długiej przerwie, kiedy w moim szarym i nieciekawym życiu nie działo się nic na tyle interesującego by to opisać, postanowiłem popełnić jakiś wpis na tym nieszczęsnym blogu. Całkiem niedawno wróciłem z mokrych, błotnistych Bieszczadów do słonecznego i ciepłego Koszalina. Sama podróż na obóz w Polankach, wraz z moją drużyną trwała diabelnie długo i nawet jeszcze dłużej. Po kilkunastu ładnych godzinach, gdy moje płuca musiały oddychać powietrzem przepełnionym charakterystycznym odorem pociągu, z delikatną domieszką zapachu ludzkiego potu, w końcu przyszło mi oddychać świeżym, powietrzem Przemyśla. Na tamtejszym dworcu czekała nas miła niespodzianka, a mianowicie, krany z zimną wodą na peronie. Cała załoga zobaczywszy ową oazę ochłody rzuciła się w jej kierunku niczym zazwyczaj rzuca się na jedzenie. Po ochłodzeniu swoich twarzy, rąk i innych różnych części ciała, czekała nas jedynie przesiadka do autokaru mającego zawieźć nas na stanicę do Polanek. Wbrew pozorom, nie było to takie łatwe. Reakcja znakomitej większości po zobaczeniu autokaru z pewnością ograniczyła by się do wykrzyknienia “o kur*a !”, jednakże harcerzom przeklinać nie wypada, więc spuściwszy wzrok, z nieukrywanym strachem wsiedliśmy do czegoś co przypominało autokar. Podróż tym reliktem z czasów Gomułki przypominała raczej przejażdżkę rollem-coasterem, aniżeli podróż autobusem. Padający w środku deszcz tylko dopełnił wrażenia kolejki górskiej. Jednak stan taboru lokalnego przewoźnika jest mi znany. Nie dalej jak dwa lata temu podczas podróży z Przemyśla do Birczy machaliśmy wraz z kuzynami przejeżdżającym kierowcom przez dziurę w karoserii. Naprawdę, nie ma co narzekać. Zmiana pogody, o której już w Przemyślu wspomniał Mapet, okazała się, jak to zwykle w przypadku zmiany pogody bywa, zmianą na gorsze. My, naiwni ludzie, myśleliśmy, że czeka nas może kilka dni deszczu, ale nie przez 80 % trwania obozu. Realia jednak nas wyśmiały i wysiadając przywitał nas deszcz. Już drugiego dnia po przybyciu na miejsce zaczęlismy sztukę tworzenia różnych dziwnych i śmiesznych rzeczy. Takich jak wartownia, płot, suszarnia, tablica ogłoszeń itp. itd. Ktoś wpadł nawet na pomysł, żeby zbudować szlabanik. Został nawet fajnie pomalowany. Jednak niewprawna ręka jednego z wartowników uszkodziła szlaban. Więc w przypływie nudy, zrobilismy sobie z niego trebusz miotający przywiązanymi na sznurku kamieniami. W przerwach pomiędzy opadami deszczu, zajęciami i posiłkami szukaliśmy zasięgu. Niektórzy twierdzą, że łatwiej byłoby znaleźć zwłoki Osamy bin Ladena w Bałtyku, niż złapać pole na stanicy. No cóż, czasem nawet się udawało rzucić jakiś meldunek do domu w stylu “wszyscy zdrowi, mamo co to kwarantana ?”. Któregoś dnia, mieliśmy za zadanie zrobić kuchnie polową. No pewnie, że się udała, oczywiście, ale po naszym posiłku przeciętny wojak padłby albo z głodu, albo na skutek zatrucia. Nie mniej jednak, megakisiel z kociołka smakował nieźle, a niesprzątnięty przez Trolla, po tygodniu stał się siedliskiem mrówek i innego typu żyjatek. Bodajże tego samego dnia moja kochana drużynka grała w Capture the flaga. Po jakiejś godzinie ustalania zasad, w końcu rzuciliśmy się w wir szaleńczej pogoni za flagami przeciwnika. Flagi zrobione przeze mnie i Kozła przetrwały może dwie rundy, by po kilku kolejnych stać się tylko wspomnieniem. “Jest ból, jest krew, jest zabawa”- wszystko to było podczas naszego CTF-a i uradowani wracaliśmy do namiotów. Dokładnie nie pamiętam już kiedy, poszliśmy na wędrówkę do Rezerwatu “Sine wiry”. Ciekawe miejsce, pełne ładnych krajobrazów, można rzec, zapierających dech w piersiach. Zeszliśmy nad Solinkę, gdzie przysiedliśmy na moment, a co niektórzy woleli poskakać po kamieniach. Trasa była całkiem długa i pod koniec trasy dało się słyszeć zewsząd złowieszcze słowa “Daleko jeszcze ?”. Nie mniej jednak, co można określić mianem sukcesu, nie padało, a wszyscy dotarli do bazy o własnych siłach. Można to było potraktować jako trening przed naszą trzydniową węrdówką na Wielką Rawkę, Połoninę Caryńską i Tarnicę. Jak to jednak w takich wypadkach bywa, los zaśmiał się nam prosto w twarz. Opuszczając bazę żegnało nas Słońce, a podchodząc na Małą Rawkę przywitał nas deszcz. Ba, nie był to zwykły deszcz. Był to deszcz, który moczył dokładnie wszystko i to skutecznie. Po kilku kilometrach na moim ciele nie było chyba suchego miejsca. Wszystko mokre. Co robimy w takim momencie ? Zaczynamy poszukiwać piosenek o deszczu, Słońcu, pogodzie i po prostu się śmiejemy. Reakcje mijających nas ludzi są raczej pozytywne. W końcu rzadko widuje się kilkunastu harcerzy mokrych jak po kąpieli w potoku idących i śpiewających “Deszcze niespokojne”. Finalnie nie udało się wejść na Wielką Rawkę, ale udało się zjeść prowiant na Małej Rawce i przespać koło bacówki. Żal trochę tego, że wędrówka tak się skończyła, żal moich wątpliwości, ale wiem, że trzeba będzie tam wrócić. W kolejnych dniach czekało nas wejście na Korbanię. Na którą oczywiście trudno było znaleźć jakąkolwiek drogę, którą można by w miarę fajnie wejść. Zamiast tego długie przedzieranie się przez krzaki, zarośla, przeskakiwanie przez złamane pnie i notoryczne postoje i oczekiwanie na resztę grupy. PO wejściu na szczyt, rozdzieliliśmy się. Starsi poszli dłuższą trasą do bazy, młodsi krótszą. Z racji mojego nieomal “podeszłego” wieku poszedłem razem ze starszymi. Trasa miała być nieznacznie dłuższa, a okazała się być trasą kategorii “poznaj swój kraj”. Nie mniej jednak przedzieranie się przez pole z uniesionymi rękami, wyglądające z oddali jak kadr z hitlerowskiego filmu propagandowego było ciekawym akcentem na zakończenie tej wyprawy. Obóz powoli zbliżał się do końca, czekał nas jeszcze chrzest. Trochę lania pokrzywami, jedzenie jakiejś dziwnej, ohydnej i paskudnej zupki autorstwa Krzycha, w sumie chrzest jak każdy inny
W międzyczasie było śpiewanie “ody do b-powera”, które budziło nas przez pierwszy tydzień, śpiewanie różnych dziwnych utworów System of a Down i wiele innych, ciekawych rzeczy, które warto byłoby opisać, ale mi się nie chcę. Kiedy obóz doszedł do końca i trzeba była się rozstać z Bieszczadami, było trochę żal, jednak wiem, że i tak tam wrócę, aby zdobyć te szczyty, których nie udało się zdobyć. Po kolejnej długiej podróży, czas na trochę krótszą, ale opiszę ją jak wrócę.
Bieszczady, ach Bieszczady.
Posted: Sierpień 5, 2011 in podróżeTagi: bieszczady, Koszalin, pkp, zhp
0