Bieszczady, ach Bieszczady.

Posted: Sierpień 5, 2011 in podróże
Tagi: , , ,

Po tak długiej przerwie, kiedy w moim szarym i nieciekawym życiu nie działo się nic na tyle interesującego by to opisać, postanowiłem popełnić jakiś wpis na tym nieszczęsnym blogu. Całkiem niedawno wróciłem z mokrych, błotnistych Bieszczadów do słonecznego i ciepłego Koszalina. Sama podróż na obóz w Polankach, wraz z moją drużyną trwała diabelnie długo i nawet jeszcze dłużej. Po kilkunastu ładnych godzinach, gdy moje płuca musiały oddychać powietrzem przepełnionym charakterystycznym odorem pociągu, z delikatną domieszką zapachu ludzkiego potu, w końcu przyszło mi oddychać świeżym, powietrzem Przemyśla. Na tamtejszym dworcu czekała nas miła niespodzianka, a mianowicie, krany z zimną wodą na peronie. Cała załoga zobaczywszy ową oazę ochłody rzuciła się w jej kierunku niczym zazwyczaj rzuca się na jedzenie. Po ochłodzeniu swoich twarzy, rąk i innych różnych części ciała, czekała nas jedynie przesiadka do autokaru mającego zawieźć nas na stanicę do Polanek. Wbrew pozorom, nie było to takie łatwe. Reakcja znakomitej większości po zobaczeniu autokaru z pewnością ograniczyła by się do wykrzyknienia “o kur*a !”, jednakże harcerzom przeklinać nie wypada, więc spuściwszy wzrok, z nieukrywanym strachem wsiedliśmy do czegoś co przypominało autokar. Podróż tym reliktem z czasów Gomułki przypominała raczej przejażdżkę rollem-coasterem, aniżeli podróż autobusem. Padający w środku deszcz tylko dopełnił wrażenia kolejki górskiej. Jednak stan taboru lokalnego przewoźnika jest mi znany. Nie dalej jak dwa lata temu podczas podróży z Przemyśla do Birczy machaliśmy wraz z kuzynami przejeżdżającym kierowcom przez dziurę w karoserii. Naprawdę, nie ma co narzekać. Zmiana pogody, o której już w Przemyślu wspomniał Mapet, okazała się, jak to zwykle w przypadku zmiany pogody bywa, zmianą na gorsze. My, naiwni ludzie, myśleliśmy, że czeka nas może kilka dni deszczu, ale nie przez 80 % trwania obozu. Realia jednak nas wyśmiały i wysiadając przywitał nas deszcz. Już drugiego dnia po przybyciu na miejsce zaczęlismy sztukę tworzenia różnych dziwnych i śmiesznych rzeczy. Takich jak wartownia, płot, suszarnia, tablica ogłoszeń itp. itd. Ktoś wpadł nawet na pomysł, żeby zbudować szlabanik. Został nawet fajnie pomalowany. Jednak niewprawna ręka jednego z wartowników uszkodziła szlaban. Więc w przypływie nudy, zrobilismy sobie z niego trebusz miotający przywiązanymi na sznurku kamieniami. W przerwach pomiędzy opadami deszczu, zajęciami i posiłkami szukaliśmy zasięgu. Niektórzy twierdzą, że łatwiej byłoby znaleźć zwłoki Osamy bin Ladena w Bałtyku, niż złapać pole na stanicy. No cóż, czasem nawet się udawało rzucić jakiś meldunek do domu w stylu “wszyscy zdrowi, mamo co to kwarantana ?”. Któregoś dnia, mieliśmy za zadanie zrobić kuchnie polową. No pewnie, że się udała, oczywiście, ale po naszym posiłku przeciętny wojak padłby albo z głodu, albo na skutek zatrucia. Nie mniej jednak, megakisiel z kociołka smakował nieźle, a niesprzątnięty przez Trolla, po tygodniu stał się siedliskiem mrówek i innego typu żyjatek. Bodajże tego samego dnia moja kochana drużynka grała w Capture the flaga. Po jakiejś godzinie ustalania zasad, w końcu rzuciliśmy się w wir szaleńczej pogoni za flagami przeciwnika. Flagi zrobione przeze mnie i Kozła przetrwały może dwie rundy, by po kilku kolejnych stać się tylko wspomnieniem. “Jest ból, jest krew, jest zabawa”- wszystko to było podczas naszego CTF-a i uradowani wracaliśmy do namiotów. Dokładnie nie pamiętam już kiedy, poszliśmy na wędrówkę do Rezerwatu “Sine wiry”.  Ciekawe miejsce, pełne ładnych krajobrazów, można rzec, zapierających dech w piersiach. Zeszliśmy nad Solinkę, gdzie przysiedliśmy na moment, a co niektórzy woleli poskakać po kamieniach. Trasa była całkiem długa i pod koniec trasy dało się słyszeć zewsząd złowieszcze słowa “Daleko jeszcze ?”. Nie mniej jednak, co można określić mianem sukcesu, nie padało, a wszyscy dotarli do bazy o własnych siłach. Można to było potraktować jako trening przed naszą trzydniową węrdówką na Wielką Rawkę, Połoninę Caryńską i Tarnicę. Jak to jednak w takich wypadkach bywa, los zaśmiał się nam prosto w twarz. Opuszczając bazę żegnało nas Słońce, a podchodząc na Małą Rawkę przywitał nas deszcz. Ba, nie był to zwykły deszcz. Był to deszcz, który moczył dokładnie wszystko i to skutecznie. Po kilku kilometrach na moim ciele nie było chyba suchego miejsca. Wszystko mokre. Co robimy w takim momencie ? Zaczynamy poszukiwać piosenek o deszczu, Słońcu, pogodzie i po prostu się śmiejemy. Reakcje mijających nas ludzi są raczej pozytywne. W końcu rzadko widuje się kilkunastu harcerzy mokrych jak po kąpieli w potoku idących i śpiewających “Deszcze niespokojne”. Finalnie nie udało się wejść na Wielką Rawkę, ale udało się zjeść prowiant na Małej Rawce i przespać koło bacówki. Żal trochę tego, że wędrówka tak się skończyła, żal moich wątpliwości, ale wiem, że trzeba będzie tam wrócić. W kolejnych dniach czekało nas wejście na Korbanię. Na którą oczywiście trudno było znaleźć jakąkolwiek drogę, którą można by w miarę fajnie wejść. Zamiast tego długie przedzieranie się przez krzaki, zarośla, przeskakiwanie przez złamane pnie i notoryczne postoje i oczekiwanie na resztę grupy. PO wejściu na szczyt, rozdzieliliśmy się. Starsi poszli dłuższą trasą do bazy, młodsi krótszą. Z racji mojego nieomal “podeszłego” wieku poszedłem razem ze starszymi. Trasa miała być nieznacznie dłuższa, a okazała się być trasą kategorii “poznaj swój kraj”. Nie mniej jednak przedzieranie się przez pole z uniesionymi rękami, wyglądające z oddali jak kadr z hitlerowskiego filmu propagandowego było ciekawym akcentem na zakończenie tej wyprawy. Obóz powoli zbliżał się do końca, czekał nas jeszcze chrzest. Trochę lania pokrzywami, jedzenie jakiejś dziwnej, ohydnej i paskudnej zupki autorstwa Krzycha, w sumie chrzest jak każdy inny :) W międzyczasie było śpiewanie “ody do b-powera”, które budziło nas przez pierwszy tydzień, śpiewanie różnych dziwnych utworów System of a Down i wiele innych, ciekawych rzeczy, które warto byłoby opisać, ale mi się nie chcę. Kiedy obóz doszedł do końca i trzeba była się rozstać z Bieszczadami, było trochę żal, jednak wiem, że i tak tam wrócę, aby zdobyć te szczyty, których nie udało się zdobyć. Po kolejnej długiej podróży, czas na trochę krótszą, ale opiszę ją jak wrócę.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s